______________________________________________________________________ ___ __ ___ ___ _ ___ ____ | _| _ _ _ ___ / _|| || | | || | |_ || |_ | \ | || || | / / | | || | | | || | | / / | _| | \| || || | | _/ / | _|| | | _| || \ / /_ | |_ | |\ || || | |__/ |_| |___|| | ||_|\_\|____||___| |_| |_||_||_|_| |___| _______________________________________________________________________ Piatek, 17.03.1995 ISSN 1067-4020 nr 120 _______________________________________________________________________ W numerze: Eryk Mistewicz - Tylko dla zdrowych Zenobi Cyrus - Za plecami Proroka cz. I Jacek Arkuszewski - Rejs po Sadzawce Orson Scott Card - Jak umieraja firmy software'owe Adam Smiarowski - O Humanizmie Historii Krzysztof Wilski - List od Czytelnika _______________________________________________________________________ <>, 5.02.95. Wpisal J.K_uk Eryk Mistewicz TYLKO DLA ZDROWYCH ================== - Nawet wyjatkowo odporni psychicznie przestaja juz wytrzymywac - przekonuje Slawomir Besowski, rzecznik praw osob niepelnosprawnych. Liczba samobojstw wsrod niepelnosprawnych zaczyna niepokojaco rosnac: mlody czlowiek, ktory ulegl wypadkowi samochodowemu, popelnil samobojstwo, gdyz nie potrafil zyc w nieprzyjaznym srodowisku zdrowych. - Nie chcemy laski, ale prawa. Jak wszyscy placimy podatki. Protestujemy przeciw dyskryminacji - twierdzili manifestujacy na wroclawskim Rynku Glownym. Na calym swiecie statystyki sa podobne, w Polsce jednak ludzi niepelnosprawnych na ulicach nie widac. Bariery architektoniczne, psychologiczne, finansowe i spoleczne zatrzymuja w domach wiekszosc z ponad 14 proc. spoleczenstwa. Kilkumilionowa armia niepelnosprawnych stale sie powieksza, co piata rodzina ma juz w swym skladzie taka osobe. W 2010 r. bedzie w Polsce zylo prawie 6 mln inwalidow (w tej chwili jest ich ponad 4.5 mln). W gronie znajomych i bliskich kazdego z nas powinno wiec byc - statystycznie rzecz ujmujac - kilkoro niepelnosprawnych. Tymczasem badania Instytutu Filozofii i Socjologii PAN dowodza, ze prawie polowa Polakow nie tylko nie utrzymuje kontaktow chocby z jednym inwalida, ale nawet nikogo takiego nie zna. - Spolecznosc odgradzajaca sie od ludzi niepelnosprawnych sama jest uposledzona - twierdza socjologowie. Tylko u co dwudziestej osoby inwalidztwo orzekane jest w zwiazku z wypadkiem czy choroba zawodowa. Najczestsza przyczyna kwalifikowania ludzi do grupy "sprawnych inaczej" sa choroby cywilizacyjne: schorzenia ukladu krazenia, ukladu nerwowego, nowotwory, zatrucia. Najbardziej zagrozone jest wojewodztwo krakowskie, gdzie juz dzis na tysiac osob przypada 160 niepelnosprawnych. Nie lepiej jest na Gornym Slasku - rowniez ze wzgledu na znieksztalcenia kodu genetycznego, wynikajace z degradacji srodowiska. Kazdego roku obwodowe komisje lekarskie w calym kraju wydaja niemal milion orzeczen stwierdzajacych inwalidztwo. Nie wiadomo, ilu chorych cierpi z powodu paralizu systemu opieki zdrowotnej: wydluzajacego sie w nieskonczonosc oczekiwania na gorsety, pasy, obuwie, kule. Na proteze konczyny dolnej czeka sie dzis w Polsce nawet pol roku. - Przeszkody pietrza sie przed niepelnosprawnym na kazdym kroku, nie dziwie sie wiec, ze niektorzy nie sa w stanie tego wytrzymac - twierdzi Krystyna Koscielecka z Krajowego Komitetu Pomocy Dzieciom Niepelnosprawnym Ruchowo. "Narodzie, bez nas nie wpuszcza Ciebie do Europy" - pod tym haslem manifestowali nie tak dawno ojcowie dzieci niepelnosprawnych. Przekonywali, ze juz od najmlodszych lat sa one separowane. Wlasciwie nie istnieja w naszym kraju przedszkola integracyjne, gdzie dzieci zdrowe moglyby poznac rowiesnikow dotknietych kalectwem fizycznym lub umyslowym. - Czesto za to spotykamy niefachowe wychowawczynie - dodaje Krystyna Koscielecka. Poniewaz bariery architektoniczne utrudniaja lub uniemozliwiaja niepelnosprawnym uczniom dostep do normalnych szkol, najczesciej zwalnia sie ich z obowiazku nauki: w ten sposob postapiono z osmioma tysiacami dzieci, w tym dwoma tysiacami glebiej uposledzonych. Dyrekcja jednej ze szkol posunela sie nawet do sfalszowania oswiadczenia matki, iz ta zrzeka sie wysylania dziecka do szkoly ze wzgledu na to, ze "nie rokuje i opoznia postepy klasy w nauce". - Rodzice wciaz zglaszaja dezaprobate z powodu uczeszczania ich dzieci do klasy "wspolnie z kaleka". To konsekwencja spolecznej separacji niepelnosprawnych przez dziesieciolecia - twierdzi Andrzej Brylski z Towarzystwa Walki z Kalectwem. Przygotowana przez Biuro Studiow i Analiz Senatu RP ekspertyza pelna jest przykladow resortowych wytycznych i zalecen, ktore ugruntowuja nawyki myslenia faktycznie dyskryminujace niepelnosprawnych, chocby ten, iz "nauczycielem nie powinna byc osoba o widocznym kalectwie". W Polsce zaledwie 10-12 proc. dzieci "sprawnych inaczej" uczy sie w systemie integracyjnym. Tylko one maja szanse przekonac rowiesnikow, ze sa - zgodnie z nazwa jednego z programow telewizyjnych poswieconych niepelnosprawnym - "Tacy sami". - Zdobycie wyksztalcenia czesto nie jest mozliwe jedynie z powodu barier architektonicznych - twierdzi Krystyna Koscielecka. - Do tej pory funkcjonuje przepis, iz nalezy przedstawic zaswiadczenie lekarskie o stanie fizycznej sprawnosci i na tej podstawie rektor szkoly wyzszej ma decydowac o przyjeciu kandydata na uczelnie nie baczac na zasob jego wiedzy. Wydany przez Polskie Towarzystwo Walki z Kalectwem przewodnik po teatrach, kinach i sklepach stolicy wciaz ostrzega: "muzeum nie jest przygotowane do przyjmowania grup osob uposledzonych psychicznie"; "nie mozemy wyjmowac eksponatow z gablot na zyczenie osob niewidomych", niektore muzea zas zapraszaja inwalidow wtedy, gdy sa... "zamkniete dla zwiedzajacych". Inwalidzi - przez lata separowani od "zdrowego spoleczenstwa", czesto niewyksztalceni, w ponad 87 proc. wczesniej pracujacy zawodowo - sa zwykle pierwszymi ofiarami bezrobocia. Ponad polowa etatow w spoldzielniach inwalidzkich i zakladach pracy chronionej ulegla likwidacji. Wedlug niektorych ocen srodowiska niepelnosprawnych, od czasu rozpoczecia "rewolucji zdrowych, pieknych i bogatych" stracilo prace ponad 700 tys. ich kolegow. Tymczasem niemal polowa, bo ponad 47 proc. niepelnosprawnych, znajduje sie dzis w okresie najwiekszych mozliwosci zawodowych i tworczych (20 - 60 lat), jednak *zaledwie co trzeci z nich moze byc uznany za "zawodowo czynnego"*. 70 proc. nie ma bowiem wyksztalcenia, zas tylko 3 proc. udalo sie skonczyc studia wyzsze. Gwarancje socjalne dla inwalidow likwidowane sa z cala bezwzglednoscia, zas nowe mechanizmy, ktore mialy poprawic sytuacje niepelnosprawnych w kraju wolnego rynku, nie zadzialaly. W ciagu trzech ostatnich lat niepelnosprawnym odebrano az 28 roznych uprawnien. Przestano dofinansowac zakupy samochodow, zlikwidowano ulgi celne i ubezpieczeniowe, obciazono za to pelna odplatnoscia za leki i pobyt w sanatoriach. Niepelnosprawni przyznaja, ze wlasciwie tylko jedna ustawa ich nie dyskryminuje: ta o podatku dochodowym, ktory placa podobnie jak inni, finansujac w ten sposob wiele niedostepnych dla nich dziedzin zycia. Ustawa o zatrudnieniu i rehabilitacji zawodowej inwalidow nalozyla na kazdego przedsiebiorce zatrudniajacego ponad 50 pracownikow - jesli nie ma wsrod nich co najmniej 6 proc. inwalidow - obowiazek wnoszenia oplat na Panstwowy Fundusz Rehabilitacji Osob Niepelnosprawnych. Oplaty mialu sluzyc tworzeniu miejsc pracy dla inwalidow i wspomaganiu tego srodowiska. - Bezsensownymi przepisami skrzywdzono inwalidow chcacych samodzielnie tworzyc stanowiska pracy. Te tworzone dla nich przez ludzi zdrowych, zyskujacych z tego tytulu znaczne ulgi, powstaja czesto w pomieszczeniach bez swiatla dziennego, w piwnicy ze stromymi schodami - mowi Krystyna Sienkiewicz, byla wiceminister zdrowia. Panstwowy Fundusz Rehabilitacji Osob Niepelnosprawnych nie potrafil sensownie zagospodarowac otrzymanych pieniedzy. Najpierw pozyczyl 700 mld starych zlotych budzetowi, a za 600 mld zl zakupil obligacje skarbu panstwa. Rok pozniej minister finansow chcial pozyczyc z kasy funduszu az 2 bln starych zlotych. Rada funduszu zaczela wiec wydawac pieniadze na prawo i lewo - udzielajac nieoprocentowanych kredytow, ktore mogly wyniesc 120 mln starych zlotych i w dodatku byly w polowie umarzane. Ta "premia dla aktywnych" pochlonela 1.3 bln starych zlotych, okazujac sie jedynie premia dla szybkich i zaradnych. Wobec naplywu zgloszen - przekraczajacego mozliwosci ich rozpatrzenia - wstrzymano wyplaty. Jeszcze niedawno w projekcie zmian w ustawie o zatrudnianiu i rehabilitacji niepelnosprawnych zapisano "przywracanie niepelnosprawnych spoleczenstwu" oraz "ksztaltowanie ich postaw i zachowan". Niepelnosprawni poczuli sie jak przestepcy kierowani na resocjalizacje. - Nie chodzi o zapisy na papierze, ale o to, by ta grupa zrownala swe szanse z ludzmi zdrowymi - twierdzi Slawomir Besowski. Podczas coraz czestszych demonstracji niepelnosprawnych pojawia sie haslo: "Nie chcemy zyc w gettach". Mimo, ze zgodnie ze statystykami juz dzis prawie co osmy Polak jest osoba niepelnosprawna, w publicznych debatach problemy tej grupy ograniczane sa do kwestii barier architektonicznych. Zdaniem czlonkow Krajowej Rady Osob Niepelnosprawnych, schodki na ulicy biora sie ze schodkow w naszej swiadomosci, z braku pamieci o ludziach, ktorym utrudniaja one zycie. - Po opuszczeniu szpitala nie wychodzilam z mieszkania, mimo iz w budynku jest winda. Przez osiem lat nie moglam sforsowac czterech stopni mojego bloku. Nikt nie mogl mi pomoc - mowi Halina S., mieszkanka Zoliborza. Bariery architektoniczne uniemozliwiaja dostep do innych ludzi, instytucji, szkol, przedszkoli, sklepow, kin i teatrow, miejsc pracy i wypoczynku. Polskie miasta, w ktorych nawet ludzie zdrowi potykaja sie o wyszczerbione chodniki, dla niewidomych sa dzungla. Zawsze moga oni trafic na niespodziewanie pojawiajace sie schody, slupy reklamowe wystajace ze srodka chodnika znaki drogowe, powieszone bez wyobrazni skrzynki pocztowe i niezabezpieczone wykopy. Na likwidacje barier architektonicznych w calej Polsce potrzeba dzis co najmniej 17 bln starych zlotych. Inaczej mierzy sie spoleczna bariere dzielaca zdrowych i chorych. Wedlug badan opinii publicznej, osoby niepelnosprawne zajmuja nizsze miejsce w spolecznej hierarchii. Jednoczesnie z badan PAN wynika, ze zaledwie 10 proc. respondentow zwraca uwage na potrzebe ich integracji z ludzmi zdrowymi. - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Artykulowi napisanemu we wspolpracy z Melania Stohnij towarzyszy kilka dodatkowych notatek, m. in. o bardzo powaznym traktowaniu osob kalekich przez prawodawstwo w Szwecji. Ale takze w moim prowincjonalnym francuskim miescie, niezbyt nowoczesnym, mam i piszczace sygnaly na przejsciach ulicznych i podnosniki dla wozkow na dworcu. I na moim uniwersytecie spotyka sie studentow na wozkach. Jakos ta Europa powoli idzie do przodu, choc - przynajmniej we Francji - czesto po prostu brakuje na to pieniedzy. W Polsce sa rzeczywiscie potworne zaniedbania i zaciecia psychiczne w spoleczenstwie, o ktorych moglbym znacznie wiecej powiedziec, gdyz mamy bliskich przyjaciol, ktorzy maja uposledzone dzieci. W dziedzinie, ktora jak prawie zadna inna eksponuje na codzien istote czlowieczenstwa, polski Kosciol robi bardzo niewiele, a gdzieniegdzie nawet utrudnia integracje osob niepelnosprawnych z reszta swiata. Nasi przyjaciele mogliby ujac to samo nieco drastyczniej. Ale ten Kosciol jest taki jak i cywilne spoleczenstwo... Jakis czas temu podlaczylem sie do jednej z licznych, podobnych do siebie jak krople wody, list dyskusyjnych Internetu, na ktorej bylo sporo polskiej mlodziezy. Ciekawe to bylo. (Byli i tacy, ktorzy gromko chwalili Pinocheta za to, ze wykonczyl tych komuchow wraz z tymi kubanskimi wojskami sciagnietymi przez Allende w celu opanowania Ameryki Poludniowej, ale to juz jest inna historia.) Byli tacy ktorzy odzegnywali sie od "pseudoliberalnej", niemoralnej Europy, gdzie zadne prawdziwe wartosci humanistyczne nie sa w modzie, a religia to juz kompletne dno. Mlody dyskutant opisywal jak w jednym kosciele katolickim we Francji ksiadz zaprosil na ambone jakas paniusie, zeby ta ze swoim psem kazanie wyglosila. Zaniepokoilem sie nieco, troche dlatego, ze we francuskich kosciolach raczej nie ma ambon. Napisalem posting stwierdzajacy, ze religia tutaj jednak zyje, ze Kosciol jest odbierany bardziej jako spolecznosc niz jako hierarchia sluzbowa i ze zdarzylo mi sie widziec nabozenstwa, w ktorych czynnie uczestniczyly kalekie dzieci, nawet dzieci z zespolem Downa, ktorym pozwolono wziac do reki i przeniesc przedmioty liturgiczne, a nawet monstrancje. Opowiedziano mi przy okazji, ze gdy kiedys wzruszony chlopak z trisomia upuscil naczynie z Komunia, ksiadz go tylko poglaskal i powiedzial potem, ze takie zetkniecie hostii z ziemia mozna porownac do ucalowania ziemi przez papieza. Odpowiedz mlodzienca poparta drugim glosem z tej listy byla zgrubsza taka: w Polsce wiara katolicka jest sprawa powazna, wiec nigdy nie pozwoli sie, aby jakis mongol dopuscil sie swietokradczego zbezczeszczenia, zbrudzenia, profanacji hostii, tak jak nie pozwala sie umyslowo chorym prowadzic samolotu. I ze to jeszcze raz dowodzi jak zepsute jest spoleczenstwo na Zachodzie. (Dyskusje - profanacja, czy nie profanacja, rozstrzygnal dosc jednoznacznie na niekorzysc mlodzienca zapytany przez innego uczestnika listy pewien ksiadz, osoba znana przynajmniej z nazwiska wielu wloczegom Internetowym, ale to juz inna historia.) Potem wypisalem sie z tej listy, ale niesmak zostal. Ta lista nie byla pewnie statystycznie reprezentacyjna probka niczego. Ale tacy "aktywisci" nadawali jej ton. I jezeli tacy beda za pare lat decydowac o tkance socjalnej w Polsce, to moga nas gdzieniegdzie nie polubic... Jurek K_uk. ________________________________________________________________________ Zenobi Cyrus (cyrus@ccr.jussieu.fr) ZA PLECAMI PROROKA CZ. I ======================== Wprowadzenie ------------ Ten felieton zaczynalem z piec razy. Balem sie, ze popadne w nadmierny, nieznosny dydaktyzm (co i tak nastapilo, mimo zmian). Ale zaczalem to w dniu, gdy GIA wziela na siebie odpowiedzialnosc za bestialskie zamordowanie czterech duchownych, Bialych Ojcow w Kabylii, jako odwet za smierc terrorystow, ktorzy w Boze Narodzenie porwali w Algierze francuski samolot. Jeden terrorysta rowna sie jednemu misjonarzowi. Prawidlowa algebra dla zwolennikow tezy, ze ludzie sa rowni. Przedstawiciele <> oswiadczyli, ze zabiora sie do fizycznego zniszczenia wszystkich krzyzowcow w Algierii. Ale samochod-pulapka w Algierze zabil oczywiscie muzulmanow. Kiedys Andre Malraux wypowiedzial cos zblizonego do tezy, ze wiek XXI bedzie wiekiem ducha, albo zadnym. To powiedzenie bylo zreszta powtarzane i przekrecane wiele razy. Nielatwo to pojac, ale chyba chodzilo o to, ze wiek zmaterializowanej do cna cywilizacji zachodniej sie konczy, i prady spirytualne juz nasilajace sie od pewnego czasu stana sie wykladnia nadchodzacego milenium. Czy to prawda? Zyje w tej cywilizacji i patrze z boku na rozwijajace sie sekty, lacznie z takimi jak oslawiona sekta Swiatyni Slonecznej, czytam o szybkim budzeniu sie pradow religijnych w Chinach, o fenomenalnym ozywieniu prawoslawia w Rosji, a czasami i tutaj wraca sie do wiary, zdarza sie, ze w malych katolickich komunach, gdzie ksiadz przyjezdza rzadko, albo wcale, wierzacy sami organizuja sobie uproszczone nabozenstwa w stylu dawnych protestantow. Ekumeniczne zgrupowanie mlodziezy europejskiej <> w Paryzu cieszy sie olbrzymia popularnoscia, w tym roku bylo ich ponad sto tysiecy. Gdy Taslima Nasreen dostala nagrode za swoja ksiazke <> (Wstyd), odezwaly sie oburzone glosy, ze docenia sie wprawdzie jej walke z fundamentalistami islamskimi i potepia sie ich nagonke na nia, ale <>, ktora opisuje oplakane losy rodziny hindi przesladowanej przez muzulmanow nie jest az tak bardzo odlegla od dziel fundamentalistow hinduistycznych! Wreszcie, widze co sie dzieje z Islamem i temu wlasnie poswiecony jest ten artykul. Dlaczego uwazam, ze moze to zainteresowac i innych? Po pierwsze ze wzgledu na znaczenie polityczne i spoleczne Islamu, ktory jest juz wszedzie. We Francji jeszcze tylko nie ma ich w rzadzie, ale jest ich pelno na uniwersytetach, w adwokaturze i sadownictwie, w dyrekcjach duzych firm. Islam jest druga religia francuska (choc oficjalne statystyki temu przecza). Mozna powiedziec: ostatecznie, panstwo jest laickie, religia jest sprawa osobista, dlaczego mamy krecic glowa nad duza liczba wyznawcow Allacha, a nie przejmowac sie jeszcze wieksza liczba katolikow? I mozna odeprzec: bo Islam jest nie tylko religia, jest organizacja spoleczna i prawodawstwem, niekoniecznie zgodnym z prawodawstwem kraju, w ktorym funkcjonuje. Bo wystarczy popatrzyc na Iran, na bezpardonowe mordowanie intelektualistow w Algierii, na palace sie lonty na rubiezach bylego dominium radzieckiego, gdzie wielkiego wybuchu nie ma pewnie dlatego, gdyz jest wiele malych, na bratobojcze walki w Afganistanie czy wczesniej Libanie, na samobojcze ataki aktywistow Hamas w Izraelu. No i blizej, chocby szantaz GIA wobec rzadu Belgii. Druga motywacja napisania tego jest fakt, iz mam znajomych muzulmanow i czasami dowiaduje sie od nich, ze to co powyzej napisalem, to wiazanie Islamu z terroryzmem, z nietolerancja i azjatycka dzikoscia jest potwornie niesprawiedliwe i glupie, ze jest to propaganda bazujaca glownie na fakcie, ze spoleczenstwa zachodnie o tym Islamie nie wiedza nic i latwo je postraszyc, latwo wykorzystac te, czy owe patologie do rozbudzania sentymentow antyarabskich, ksenofobicznych, do prowadzenia polityki izolacjonizmu. Oczywiscie terrorysci to nie papierowe tygrysy. Ale wedlug Dalila Boubakeura, rektora meczetu paryskiego, wspomniane zjawiska sa naduzyciem Islamu do celow politycznych i nie maja nic wspolnego z naukami Mahometa. Wedlug pewnej liczby liczacych sie glosow w USA niebezpieczenstwo Islamu jest przesadzone. Bano sie fundamentalistow w Iranie i podczas wojny z Irakiem wielu Amerykanow "wolalo" Husseina (niezaleznie od inicjatyw typu "Irangate"). Z jakim skutkiem? Tak i teraz, lepiej pewnie, zeby wladze w Algierii zdobyl FIS, bo oni przynajmniej nie maja ciagotek komunistycznych, tak jak rzadzacy FLN. Nie wchodze w sensownosc tych analiz. Islam to jest kilkanascie wiekow specyficznej kultury, z ktorej sporo skorzystalismy i my. Moze warto poswiecic pare minut na przypomnienie sobie czegos, co mignelo w liceum przez 10 minut, albo wcale? Nie ma to wiele wpolnego z typowymi problemami drazacymi spoleczenstwo polskie, czy Polonie zagraniczna. Ale moze jakis czytelnik zechce to przeczytac i zadac sobie pare pytan dotyczacych kultury duchowej, laicyzmu, czy tolerancji w ogole? Dlugi jest ten artykul, ale gora lodowa pod spodem jest olbrzymia i rosnie w zawrotnym tempie. Zazdroszcze spokoju ducha tym, ktorzy nie maja powodow ani ochoty jej dostrzec. Pieczec ------- Muhammad urodzil sie w Mekce w 570 r., zmarl w Medynie w 632 r. Medyna w owych czasach zwala sie Yathrib, dopiero po ucieczce Mahometa z Mekki nazwano ja Madinat al Nabi, Miastem Proroka. Pochodzil z klanu Hachim skad bierze sie nazwa dynastii Haszemidow, panujacych jeszcze teraz w Maroku czy Jordanii. Muhammad wczesnie zostaje osierocony, opiekuje sie nim jego wuj Abu Talib. Jego pierwsza zona jest bogata wdowa, Chadidza, u ktorej jest jakis czas na sluzbie. Potem ma jeszcze inne zony i konkubiny, brane niekoniecznie ze wzgledow uczuciowych, za wyjatkiem pieknej, legendarnej Aiszy, corki Abu Bakra. Czytelnik zechce wybaczyc moja transkrypcje nazw wlasnych, nie mam pod reka zadnego polskiego uznanego opracowania. Islam rodzi sie od roku 610, powoli, jako zlepek paradygmatow innych religii monoteistycznych, zwlaszcza judaizmu. Do kodyfikacji, do Pieciu Filarow jeszcze jest daleko, ale od poczatku wiadomo, ze Bog jest Jeden, ze bedzie Sad Ostateczny, ze istnieje Raj i Pieklo. Mahomet w tym roku uslyszal po raz pierwszy na wzgorzu Hira' glos archaniola Gabriela (Dzabraila), ktory przekazal mu poslanie od Boga, ktore pozniej stanie sie trescia Koranu, spisanego juz przez innych, gdyz Mahomet byl analfabeta. Koran zawiera oczywiscie mnostwo odnosnikow do judaizmu (w koncu Patriarcha Abraham jest wspolny), ale takze do chrzescijanstwa. Wedlug jednych oznacza to, ze Mahomet nie mogl byc jedynym wyrazicielem mysli zawartych w Koranie, gdyz mial male szanse dowiedziec sie tego wszystkiego, wiec Koran jest kompilacja. Poza tym Koran jest dzielem poetyckim, niejednolitym, ale miejscami bardzo dojrzalym, co jest tez dziwne. Wedlug innych sa to niedwuznaczne dowody na boskie pochodzenie tej Ksiegi. To jest kolejny wariant starej jak cala kultura religijna dyskusji: dlaczego religie sa do siebie podobne? Dla wierzacych sprawa jest prosta, kazdy chwali Boga jak umie, ale ze jest on Jeden... Dla tych, ktorzy widza religie jako wielowiekowa destylacje roznych uwarunkowan doczesnych, jest to wynikiem ewolucji. Przezywaja struktury stabilniejsze, a najprosciej ustabilizowac zasady organizacji spolecznej przez ich transcendentalizacje. Nad prawda objawiona sie nie dyskutuje. Ale tu trudno wymyslec cos naprawde nowego... Tak wiec i w tej odnodze kultury semickiej, ktora czula jeszcze wiez z judaizmem, ale ktora byla juz mu po kres wiekow obca, <> powstac religia objawiona ze swymi kanonami i swymi prorokami. I to pozwolilo opuscic tradycjonalne koryto myslenia Arabow, przelamac trybalne, izolujace wiezy krwi, wyjsc poza moralnosc nomadow, poza cyniczny pragmatyzm handlarzy, poza sztywny egoizm ludzi przyzwyczajonych do wschodniego sposobu sprawowania wladzy. Muzulmanin bedzie odtad sam na sam ze swoim Stworca. Podporzadkowanie glowie rodu, starszyznie itp. staje sie wtorne i mniej istotne. W Islamie nie bedzie swietych, jedynie sam Prorok w Dniu Sadu bedzie mogl wstawic sie za prawowiernego. Nie bedzie posrednikow duchownych - ksiezy. Imam, to nie telefon do Allacha, tylko administrator, a niekiedy medrzec i straznik Prawa. Ale, ze ludzie sa ulomni, o pewne "drobiazgi" doktrynalne jeszcze sporo krwi sie poleje. Jeszcze nie dzis. Koran zostaje spisany dopiero 50 lat po smierci Mahometa i zredagowany ostetecznie za trzeciego kalifa, Utmana, ktory kaze zniszczyc rozproszone niepewne fragmenty. W 615 r popularnosc Mahometa wzrasta na tyle, ze zaczyna sie bojkot Haszemidow, zaczynaja sie przesladowania, ktore zmuszaja go do opuszczenia Mekki w 622 i osiedlenia sie w Medynie. Jest to hegira, albo hedzra, poczatek Nowej Ery. Kogos interesujacego sie historia arabskiego Bliskiego Wschodu moze uderzyc powtarzajaca sie od kilkunastu wiekow melodia: usilne dazenie do jednosci, do odnalezienia swojej tozsamosci, do tworzenia stabilnych struktur politycznych, przerywane kompletna dezintegracja, indywidualizmem, wyodrebnianiem sie mikroskopijnych klanow, dla ktorych lokalna niepodleglosc byla wazniejsza niz tworzenie trwalej przyszlosci. Pozniej, gdy Islam okrzepnie i stanie sie Latarnia cywilizacyjna, napotkamy na tamtych terenach i Mesjanizm i zlota wolnosc szlachecka Beduinow i wewnetrzne przekonanie, ze jest sie przedmurzem cywilizacji wobec czarnej afrykanskiej dziczy. Cos mi to przypomina, ale wolalbym nie naciagac za bardzo tej analogii. Zdarzaly sie osobistosci polityczne, ktore trafialy w dobry okres, co pomoglo im przejsc do historii. W dobry okres u Arabow trafil pulkownik Lawrence, ale to jest juz inna historia. W nieco gorszy okres trafil pulkownik Kadafi, i chwala niech za to bedzie Allachowi. W znakomity okres trafil Mahomet. Medyna byla nieustajacym terenem sporow miedzy plemionami Zydow Qaynuq\=a oraz plemionami arabskimi, czesciowo poganskimi, czesciowo zjudaizowanymi. Po koniec wrzesnia 622 r. Mahomet przybywa z raptem 70 <> z Mekki, ale ma sporo poparcia na miejscu i staje sie nie tylko autorytetem religijnym, ale i arbitrem politycznym. Zydzi sa mu oczywiscie niechetni, ale jest juz zbyt mocny. Usuwa plemie Qaynuq\=a z Medyny, i oslabia opozycje innych klanow twierdzac, ze kontynuuje tradycje Abrahama, ktora tamci zarzucili. Od tej pory wierni podczas modlow maja zwracac sie ku Ka`bie, a nie w strone Jerozolimy. Jest to ostateczne rozdarcie miedzy judeo-chrzescijanstwem i Islamem. Tym niemniej Jerozolima jest i bedzie drugim swietym miastem muzulmanow, a ostatnia ofiara krwi ludzkiej zlozona u grobu Patriarchy jest dosc swieza. Tym razem padl nie Izaak, lecz raczej Izmael... Ostatnie 10 lat zycia Proroka bylo dosc burzliwe. 74 bitwy i ekspedycje wojskowe ugruntowaly jego role przywodcza. Zaczela sie konsolidacja plemion arabskich. Mekkanczycy przestraszyli sie zwyciestwa Mahometa w Badr w 624 r. i zaczeli montowac wlasna koalicje. W marcu 627 oblezyli Medyne z silnym zamiarem ostatecznego zlikwidowania przeciwnika, ale Allach widocznie chcial inaczej, Mahomet pobil ich, wroga konfederacja sie natychmiast rozpadla i jeszcze w tym samym roku Mekka poddala sie jego prawu. Zaczelo sie administrowanie, tworzenie Panstwa i wcielanie w zycie Konstytucji Medynskiej typu federacyjnego. Mekkanczycy niby sa mu posluszni, ale cos usiluja "poprawiac" (moze tak jak Czechoslowacy w 1968?) wiec w roku 630 armia Mahometa wkracza do Mekki, lokalna wladze przejmuja wlasciwi ludzie, bije sie nieposlusznych Beduinow i Mahomet moze juz slac poslow do okolicznych mocarstw z zadaniem uznania go glowa suwerennego panstwa. W 632 r. Mahomet organizuje pielgrzymke do Mekki, definiuje reguly hadzdzu, ktory ma byc stalym punktem w zyciu kazdego wiernego i po powrocie do Medyny choruje i umiera. I wtedy dopiero sie zaczynaja dziac rzeczy ciekawe dla reszty swiata. Ale temu bedzie poswiecona nastepna czesc tego opracowania. Paryz, styczen - luty 1995. ________________________________________________________________________ Jacek Arkuszewski (jacek@csun.psi.ch) REJS PO SADZAWCE ================ Dzien Zerowy ------------ Wyjezdzamy o 6-tej popoludniu w ulewnym deszczu i przybywamy na miejsce o 9-tej. Przez ostatnie kilkadziesiat kilometrow powinnismy widziec Sadzawke, lecz nie widac nic w pyle rozbitej przez opony wody. Najwieksza parkowa sadzawke na swiecie -jezioro Genewskie. Tej nazwy nie wolno jednak wymowic w Lozannie, bowiem tam jest to Leman. A wiec kolacja z przyjaciolmi i bardzo pozno spac. Dzien Pierwszy -------------- O 11-tej juz na przystani Belotte pod Genewa. Jest piekny dzien i rzeska bryza z pld. zachodu - wrecz idealna pogoda. Parkowy wodotrysk w sadzawce jest wyraznie zwiewany przez wiatr. Zwawo zaglujemy stara, wierna lodeczka Janka - ma tylko biedactwo niewiele ponad 6 metrow i jest dosc poobtlukiwana i obrosnieta pod woda na zielono. No, ale to nic - plyniemy we trojke: Janek-szyper (JS), moj wyrok dozywotni (WD) i ja jako majtek. Plynie sie wpierw przez tak zwane Male Jezioro o szerokosci najwyzej 5 km. Wciagamy z duzymi przygodami spinaker i jakos zaczyna nawet bulgotac na dziobie. Na brzegu strzechy genewskich wiesniakow i bindugi tak nam drogie sercu jeszcze z Mazur. Tak jak na Mazurach rowna powierzchnia stoku okolona drzewami spada do jeziora, tyle tylko, ze w najwyzszym miejscu stoi sobie - ot,tak - a to Palac Rzeczypospolitej, albo Mysliwiecki, albo nawet Wilanow. A ta rowna powierzchnia to wymanikurowany trawniczek.Tam gdzie okiennice zamkniete - to albo Alain Delon, albo ktorys z Saudow, albo jakis wlasciciel koncernu misek klozetowych z, powiedzmy, Kansas City. Tam nie potrzeba mieszkac, to sie ma. Gdzie otwarte - to kolejny zaklad-wariatkowo. Potezny to przemysl ta luksusowa psychiatria pod Genewa: zwariowac mozna. Ale tak jest wlasciwie tylko po szwajcarskiej, polnocnej stronie. Poludniowa, choc jeszcze nie francuska, jest jakos mniej parkowa i udekorowana murem Alp. Nie, dzisiaj Bialej Gory nie zobaczymy, jest duszno, wilgotno i niewielka widocznosc,choc na niebie ani chmurki. A za bindugami na polnocy ciemna,zalesiona Jura i ponizej winnice spadajace po zboczach w dol. WD przygotowuje salate, wypijamy do niej butelke <>, potem wiatr troche siada, obraca sie na poludnie. Poludniowy brzeg to juz francuska Gorna Sabaudia i po minieciu pieknego zamku w Yvoire wychodzimy na Duze Jezioro. Zrzucamy spinaker, straszne korby, bo nie mamy kosza na dziobie, potem wyciagamy fok i mimo to musimy zaterkotac motorkiem by dojsc po helweckiej stronie do St. Prex tez z zameczkiem nad woda, a jakze, i milutkim porcikiem gdzie lapiemy ostatnia czerwona boje dla <>. Stare miasteczko, porcik pod wielkimi drzewami, tak potrzebny w tej sytuacji czysciutki klozecik (nasza lodeczka nie jest niestety skanalizowana). Jest siodma, natychmiast pojawiaja sie przy burcie labedzie i kaczki, tak jak to powinno byc w parku. Jeszcze mala kapiel w przejrzystej, butelkowo-zielonej wodzie wprost z falochronu i idziemy do miasteczka na kolacje. Oto mala restauracja pelna tubylcow; nie ma juz wyrafinowanej swiatowosci Genewy, a jednak... Karta oferuje nam steki z wolu, strusia, kangura i konia. Te ostatnie jak rowniez duszone malutkie okonki to miejscowa specjalnosc znad sadzawki. Kangur w zielonym pieprzu znakomity. I wino z Vaud, bo juz jestesmy w tym panstwie. Tak, tak, oficjalna nazwa brzmi l'Etat de Vaud. I po kolacji spac w lekko kolyszacym sie stateczku, gdzie przez otwarta wejsciowke wschodzi wlasnie nad Sabaudia pomaranczowy ksiezyc. Dzien Drugi ----------- Juz o siodmej na nogach i wzajemne oskarzenia o najglosniejsze chrapanie. Cicho, pusto, gladka zielonkawa woda wiec najpierw chlup do sadzawki z glazow falochronu. Jeszcze do miasteczka po swieze buleczki i gazete, potem sniadanie w cockpicie, i wreszcie wyruszamy. Poranna bryza wieje z poludnia, zatem ostro lewym halsem w kierunku bialej, rozlozonej na wzgorzach Lozanny. Po lewej stronie zostawiamy Morges z zamkiem jak namalowanym przez dziecko: na czterech rogach okragle wieze o stozkowych, czerwonych dachach. Sto metrow przed bulwarem Ouchy w Lozannie zwrot i wiatr zdycha. Troche warkoczemy motorkiem, potem stajemyw lopocie, wyrzucamy dluga, lekka line i kapiemy sie posrodku jeziora w ciemno-zielonej gladkiej wodzie. Jezioro tu szerokie na 15 km, wokol pracowicie pruja wode duze, biale statki kolowe. Ach, wszystko to jak na kiczowatym obrazku. Jest i troche sniegu na odleglych szczytach, sa zamki odbijajace sie w wodzie i winnice wsrod kep drzew na wzgorzach. Zblizamy sie pomalu na niewielkich podmuchach do tego odcinka poludniowego brzegu, gdzie gory - i to wielkie gory - jednym stromym stokiem wpadaja wprost do jeziora. Znane to miejsce wokol St. Gingolph, gdzie zazwyczaj malo jest wiatru. WD wraz z JS to drzemia, to czytaja, a ja sobie powolutku halsuje miedzy Szwajcaria i Francja, ledwo czasem starcza wiatru zeby zrobic zwrot. Wpierw w kierunku Pully w Szwajcarii, potem zwrot na coraz wyzszy brzeg sabaudzki i znowu Vevey z blekitnym wiezowcem Nestle i z powrotem do Francji i wreszcie eleganckie Montreux z palacowymi hoteliskami hen, wysoko nad miastem, no i tu wiatr zdycha ostatecznie i mijajac okazaly zamek Chillon docieramy do upragnionego konca jeziora juz na motorku. Tak, jest miejsce dla <> w malym porciku Villeneuve. Szybki klar na pokladzie zeby jakos wygladalo, pod pokladem - nie ma co mowic, i idziemy na kolacje. Mamy nadzieje, ze tym razem podadza nam przynajmniej hipopotama. Ale nie, jest mala restauracyjka dla miejscowych, nasz stolik stoi na waskiej uliczce, jemy ryby, a w srodku gra na harmoszce i spiewa okazalych rozmiarow piecdziesiecioletnia blondyna. Stekow z hipopotama, ani nawet ze zwyklego strusia nie podaja, ale za to jest sadzawkowy przysmak: fileciki z okonia, pewnie zreszta importowanego z Kanady. Nad sadzawka doslownie wszystko wydaje sie sztuczne i umowne - nawet miejscowe specjalnosci. Jeszcze wieczorna kapiel w wodzie rozswietlonej odbiciem swiatel Montreux, troche lektury i spac. Dzien Trzeci ------------ Wstaje dzien bez chmurki i bez powiewu wiatru. W gladkiej wodzie odbija sie malutka kepka drzew o kilkaset metrow od brzegu - a moze to jest jedno duze drzewo? To kilkometrowa, malutka wysepka nalezaca ponoc do pewnego Anglika. Wiesc glosi ze odwiedza ja zawsze w dzien urodzin krolowej i wciagnawszy Union Jacka na maszt siedzi tam caly dzien na laweczce (oczywiscie, jest i parkowa laweczka) palac cygara. Moze to bujda, ale znad drzewa sterczy istotnie maszt flagowy. Jeszcze po swieze buleczki do piekarni, obowiazkowa kapiel z mola, sniadanie i wyruszamy na motorku - kompletna flauta. Wpierw pod zamek Chillon, przed ktorym od strony ladu klebia sie juz autokary i turysci. Zamek starannie utrzymany z wyjatkiem jednego szczegolu: duzego niedzwiedzia, fragmentu herbu bernenskiego wymalowanego na odjeziornej scianie. Nie, na to dzielni Vadois nie moga sie zdobyc, by odswiezyc herb ciemiezcy ich kraju, Berna. Dopiero w 1798 r. przybyl Napoleon, wprowadzil nowe porzadki i wyzwolil Vaud. Z wykuszow i okien machaja nam turysci, wysoko nad zamkiem przecinaja zielone, strome zbocze wiadukty autostrady psujac nieco widok. Bez przekonania stawiamy zagle, chocby po to by zapewnic sztafaz niezliczonym kamerom turystow. Plyniemy teraz wzdluz brzegu w kierunku ujscia Rodanu. Tu Sadzawka zamienia sie jakby w dzicz, wilderness, moze troche jak Mazury? Gdyby nie te gory sterczace nad glowa! Plytko, lewy brzeg delty Rodanu plaski i piaszczysty, porosniety chaszczami. Wleczemy sie pomalutku, a to troche na pykajacym motorku, a to na jakims przypadkowym podmuchu. Jest sobota, na brzegu nieco plazowiczow na kompletnego golasa. Jakies kamienne mola stercza z brzegu, duza poglebiarka zagradza nam droge pasem plywajacych rur - troche sie w tym wszystkim gubimy, gdzie te starorzecze Rodanu. Podplywamy do pieknego, czarnego dwumasztowca na kotwicy; na pokladzie ktos sie krzata. Pytamy sie o stare ujscie - odpowiada nam uprzejmie przystojna pani ze szczotka w garsci i pieknym, srebrnym naszyjniku. Rzecz w tym, ze poza naszyjnikiem nie ma na sobie doslownie nic. Ale jej to tez nic a nic nie krepuje i chetnie wskazuje nam droge. Stary Rodan to juz zupelne Mazury - cos jak kanal miedzy Wegorapa a Mamrami. Trzciny, zwisajace nad woda drzewa, kilometr dalej spore jeziorko, ale tam gdzie JS przed pieciu laty nocowal tylko z komarami, teraz jest duzy jachtowy port oraz nowiusienka stocznia. Rozczarowanie, wiec wracamy na Sadzawke i kotwiczymy opodal ujscia na malej glebokosci, no moze metr dwadziescia. Woda jest tak czysta, ze jestesmy jakby zawieszeni nad czysciutkim piaskiem dna - czasami lagodna fala stuka wen kilem. Wysmienita kapiel w przejrzystej wodzie, ogladamy zielono-brodate dno lodki i zaraz w ruch ida dwie duze szpachle zabrane przezornie przez JS. Nie do wiary, lecz w godzine - troche nurkujac, a troche stojac - lodeczka jest czysta jak pupka swiezo przewinietego niemowlecia. Ruszamy do St. Gingolph na sabaudzkim brzegu. Jest odrobine wiatru, a po skrobance lodka nie ta sama i dosyc zwawo nawet plyniemy. Ale w St. Gingolph nie ma portu! Nie do wiary, ale to prawda. Tutaj gory schodza tak stromo do jeziora, ze oprocz miasteczka stanowiacego wlasciwie jedna ulice tuz nad brzegiem nie ma na nic miejsca. Oczywiscie stok pod woda jest rownie stromy i nie mozna wybudowac falochronu. Plyniemy wiec dalej jakies 7 km wzdluz brzegu do Meillerie. Jest nawet troche wiatru i oto jest wioska wslawiona kilkomiesiecznym pobytem Jean Jacques Rousseau wygnanego w tym okresie ze Szwajcarii za jakies bezecenstwa. Pisal wtedy "Julie albo Nowa Heloize". Jest malutki waziutenki porcik, miejsc dla odwiedzajacych nie ma. Jakas dobra dusza powiada, ze mozemy jednak w jednym z pustych miejsc zacumowc - wlasciciele miejsca wyruszyli w dluzszy rejs. W porcie mali chlopcy lowia na haczyk - tak, na haczyk - raki, po falochronie spaceruja odswietnie wystrojone rodziny z dziecmi. Swojsko i prowincjonalnie i zupelnie inaczej niz w swiatowej Szwajcarii. Ale miejscowa restauracja to juz wielki swiat francuskiej <>. Sa fileciki z okonia, a jakze, jednak oprocz tego i tuziny rodzajow <>, i ryby, ryby. No, a wino... Wpierw jednak idziemy zwiedzac wies. Strzalki wskazuja do "Kamienia Rousseau" - ot, taki sobie glaz gdzie Jean Jacques zwykl romantycznie podziwiac widoki z pewna Julia - lokalna panienka. Czy jej imie udzielilo tytulu "Nowej Heloizie"? Nie mamy pojecia. Troche wyzej stary romanski kosciol, a obok - jak zwykle we Francji - pomnik poleglych w wojnach. Na samej gorze lista poleglych w wojnie pruskiej, potem najwiecej nazwisk przy Wielkiej Wojnie, trzy czy cztery przy wojnie drugiej, po kilkanascie przy Dien-Bien-Phu i Algerii. Zatem krotka historia Francji ze skwantyfikowanym jej zaangazowaniem w kolejne konflikty. Nad kosciolem kusi szlak w gore, na przelecz jakie 1500 metrow nad glowa. Ach, tym razem nie ma czasu, moze w przyszlym roku. Jeszcze wieczorna kapiel, juz prawie po ciemku i oto koniec dnia w zacisznej koi. Dzien Czwarty ------------- Wyruszamy pozno, gdy Sadzawka wre juz niedzielnym zyciem - statki, jachty zaglowe i motorowe. Dalej suniemy wzdluz sabaudzkiego brzegu na lekkim wiaterku. Gory oddalaja sie, oto Evian-les-Bains z ogromnym budynkiem kasyna, dalej za cyplem otwiera sie widok na odlegle juz Thonon-les-Bains na wzgorzu. Nie zmieniamy kursu, trzeba sie tylko raz czy dwa zatrzymac na zjedzenie salaty i kanapek z odrobina wina, potem na kapiel. Wiatr obraca sie na pelny, wciagamy juz znacznie sprawniej spinaker, tak, nawet ktos usiluje sie z nami scigac, ale zostawiamy go w tyle. Skrobanka jednak czyni cuda! Plyniemy prosciutko na wschod, znow w trawersie zameczek w Yvoire - jedyna rzecza zaklocajaca nieco doskonalosc krajobrazu i sytuacji: gory, blekitne niebo z bialymi chmurkami i statek pod pelnymi zaglami, jest bezustanny sznurek ciezkich maszyn nad glowa startujacych z genewskiego lotniska. Juz na Malym Jeziorze, o kilka kilometrow od Nyon wiatr siada. Jest piata po poludniu. Jeszcze troche liczymy na powrot wiatru, ale nie ma rady - trzeba ciagnac za sznurek i terkotac dalej na motorku. Spinaker juz spuszczony - tym razem bez wiekszych przygod - ale trzymamy inne zagle, bo jeszcze troche ciagna. Zaslaniaja nam troche widok i prawie wpadam na mala motorowke powoli ciagnaca siec. Rybak wpada w szal, wygraza nam i ma racje. Zmierzamy teraz do nowego i duzego portu w Prangins o jakie 2 kilometry na wschod od Nyon. Nie ma problemu z miejscem na cumowanie, sa miejsca dla gosci. Port jet ogromny: 10 starannie ponumerowanych rownoleglych kei, wszystko swieci nowoscia, a przy kejach!? Przycumowanych chyba z 50 milionow frankow. Takie statki, co nawet by Horn okrazyly - nie pasuja jednak do naszej Sadzawki. Motorowe i zaglowe, regatowe i spacerowe i prawie wszystkie przede wszystkim nowiusienkie i bardzo, bardzo drogie. Maja nawet radary i satelitarne systemy nawigacyjne - i to wszystko na 70 kilometrowa sadzawke. Krotkie klarowanie naszego mizernie tu wygladajacego stateczku, no i trzeba cos zjesc. Jest i restauracja w porcie, ale chcemy zwiedzic Prangin. Zaraz za budynkiem klubowym na parkingu szary Rolls Royce, kilka Mercow i Porsche, obok korty tenisowe, duzy park z rozmaitymi boiskami, ale w ogole pustawo. Zmierzamy w glab ladu, dalej rezydencje otoczone murami i nikogo. Potem znowu park, spotykamy tam elegancka pania z dunskim dogiem na smyczy. Alez tak, jest restauracja we wsi, troche wyzej. Z lewej stronie duzy i brzydki zamek w remoncie za swiezutko odnowionym murem. Jakis szejk, czy mafia z Medellin albo Moskwy szykuje sobie dacze? Nie, to federalne zbiory sztuki remontuja swa siedzibe. Jest i malutkie centrum wsi Prangin. Ze wsi nie zostalo juz ani sladu, stare, duze stodoly przerabiane sa na apartamenty. Dosc obrzydliwie te przerobki wygladaja: ot, taki pozor stodoly na wysoki glanc. Wszystko tu wydaje sie byc oparte na pozorach i razi brakiem autentycznosci. Rzeczywiscie stara, wioskowa knajpa tez jest pozorowana: dzisiaj, w niedziele akurat ma wolny dzien. W niedziele! Taki tu widocznie styl zycia, zycia wiecznych wakacji, gdzie niedziela czy czwartek, to wlasciwie wszystko jedno i akceptuje sie to, ze wszystko jest imitacja. Nie, jesli tu musialbym zyc, to juz wole nie byc milionerem. Dosc filozofowania, bo ssie w dolku - nie ma rady, trzeba wracac do restauracji klubowej w porcie. Nawet nie jest drogo, ale tez i restauracja nie ma zadnego charakteru. Slonce zachodzi i zaczyna sie chmurzyc - jeszcze obowiazkowa kapiel w dosc brudnym tu jeziorze, a potem pod natrysk w luksusowym budynku klubowym. Gdy wracamy na lodz, na molu i po francuskiej stronie zaczynaja migac zolte swiatla ostrzegawcze. Zbliza sie burza, naciagamy na zwiniety grot i wejsciowke plachte, przychodzi gwaltowny szkwal z deszczem, kilka blyskawic i grzmotow, a my w cieplutkich spiworach pijemy tradycyjna szklaneczke polskiej smorodinowki i sluchamy Wolnej Europy. I sen nas morzy w czasie dyskusji. Dzien Piaty ----------- Rano, przy sniadaniu przychodzi do nas przystojna i elegancka para. Trzeba zaplacic oplate portowa - 10 frankow, wiec taniocha. Pogoda juz troche gorsza, mamy jednak sprzyjajacy wiatr. Znowu rozwieszamy spinaker, zarysy Genewy coraz wyrazniejsze, juz widac bialy slup parkowego wodotrysku. Jeszcze godzina czy dwie i podchodzimy do naszej przystani Belotte.Trzeba sie spieszyc z rozzaglowaniem i pakowaniem - Basia, dozywocie JS czeka z obiadem. I potem powrot do domu. Po niecalej godzinie przejezdzamy autostrada nad Vevey, ostatnie spojrzenie z gory na jezioro - tak blisko to, i tak daleko. Ale w tym roku nareszcie dotarlismy do konca sadzawki! A w Baden zaczeto serwowac wlasnie kangura i krokodyla - naprawde! ________________________________________________________________________ Tlumaczenie felietonu, jaki ukazal sie w ostatnim magazynie <>. Traf chcial, ze ma on troche wspolnego z niedawnym artykulem A. Gorbiela o wysysaniu ludzkiej duszy przez komputer. Autorem jest Orson Scott Card, czlowiek zawodowo piszacy ksiazki, miedzy innymi <>, wydana po polsku jako <>. Wiktor Misiek (nok4@pgh.wec.com). Orson Scott Card JAK UMIERAJA FIRMY SOFTWARE'OWE =============================== Programowanie to jest Wielka Gra. Pozera ciebie, twoje cialo, twoja dusze. Jezeli dales sie wciagnac, nic innego nie ma juz znaczenia. Kiedy powrocisz do dziennego swiatla mozesz odkryc, ze masz kilkadziesiat kilo nadwagi, twoja bielizna jest starsza niz sredni przedszkolak, a sadzac po ilosci pudelek po pizzy walajacych sie dookola, mozna stwierdzic, ze to juz wiosna. Ale to nie ma znaczenia, Twoj program dziala, jest szybki i bezbledny. Wygrales. Zdajesz sobie sprawe z faktu, iz niektorzy ludzie mysla, ze jestes tepym ponurakiem. No i co? To nie sa Gracze. Oni nigdy nie zmagali sie z Windows'ami czy z DOSem. Dla nich C to jest kolejna litera w alfabecie, nie jezyk. Oni ledwo istnieja. Jak zolnierz albo artysta, nie dbasz o opinie cywilow. Ty tworzysz cos skomplikowanego i pieknego. Oni nigdy nie beda w stanie tego zrozumiec. Bartnictwo, to sekret na ktorym opiera sie istnienie kazdej firmy tworzacej oprogramowanie. Mozna udomowic programistow tak jak bartnik udomawia pszczoly. Nie mozna sie z nimi komunikowac, ale mozna je zgromadzic w jednym miejscu, a kiedy nie patrza, dobrac sie do miodu. Te pszczoly nie zadla, bo placi sie im pieniadze. Programisci kosztuja wiecej pieniedzy niz sekretarki, ale mniej niz mozna sobie wyobrazic. Sprawa lezy w tym, iz ci ludzie ciagle slysza glos swoich ojcow mowiacy: "Kiedy to wreszcie zejdziesz na ziemie i przestaniesz bujac w oblokach?". Wszystko, czego im trzeba, to mozliwosc krotkiego: "O rany, ojciec, przeciez ja zarabiam wiecej niz ty". Tak srednio, to wychodzi niedrogo. Jedyna osoba, ktora potrafi docenic programiste jest inny programista. Dlatego trzeba miec conajmniej kilku, aby mogli sie wzajemnie doceniac. Bardziej doswiadczeni beda wzorem dla mlodszych kolegow, inni beda wspolzawodniczyc i rownac sobie, ale tak jak zaden prawdziwy pszczeli roj nie obejdzie sie bez krolowej, tak roj programistow nie obejdzie sie bez programisty geniusza. Programista geniusz to lider uwielbiany przez pozostalych. Nawet jezeli zerka w cudze programy, to tylko po to, by wybuchnac szyderczym smiechem. To jest Gracz, pomysli mlody informatyk, On spojrzal na moj program. To z reguly wystarcza. Jezeli otoczenie tworzy taki ul, to programisci obejda sie bez snu, milosci, zdrowia i prania, a firma bedzie prosperowac. Brak kontroli, to problem ktory wykancza firme za firma. Wszystkie dobrze sie majace firmy software'owe maja kogos, kto swoja osobowoscia dominuje nad innymi programistami. Niestety zadna kompania nie moze utrzymac takiego lidera na zawsze. Albo znajduje sie jakis menadzer, ktory obiecuje placic mu wiecej, albo on sam zmienia sie w menadzera, Tak czy inaczej, handlowcy przejmuja kontrole. Tylko ... kontrole czego? Zamiast lini produkcyjnej i zdyscyplinowanych pracownikow ma sie do czynienia z ludzmi nieprzewidywalnymi, nie wspolpracujacymi, nieposlusznymi, a co najgorsze, nieatrakcyjnymi, opierajacymi sie wszelkim dzialaniom kierownictwa. Kaz im przychodzic o osmej do biura, kaz im sie elegancko ubierac, a zaraz stana sie ponurzy i przestana byc produktywni. A w dodatku, masz poczucie, ze szydza i smieja sie z ciebie na kazdym kroku. Szok jest tym wiekszy dla programisty. Nagle odkrywa on, iz pozaziemskie istoty kontroluja jego zycie. Spotkania. Plany. Raporty. I nagle ktos zada, aby on planowal sposob w jaki bedzie programowal, a potem trzymal sie tego planu, nigdy nie improwizowal, i nigdy, ale to nigdy nie dotykal cudzego kodu. Wszawy, mlody programista, ktory nie tak dawno czcil go, teraz jest jego szefem, i to tylko dlatego, ze zdarzylo mu sie grac w tenisa z jakims nadetym bufonem w garniturze. Ul jest w ruinie. Najlepsi programisci uciekaja. Marketing zas czuje sie dobrze, objetosc kodu wzrasta, tak jak i rosnie liczba bledow. Chyba czas na zmiane zajecia. ________________________________________________________________________ Adam Smiarowski (smiarowski@cua.edu) O HUMANIZMIE HISTORII ===================== (Z Polityka Ciasniej, cz. I) Cos mi odpalilo i postanowilem przestudiowac historie najnowsza. Zeby umyslu i pamieci zbytnio nie wysilac, ograniczylem sie do roku 1994. Szlo mi to calkiem sporo. Do czasu. Klio nie jest najweselsza muza, ot taka w sam raz, zeby polozyc glowe na lonie i podumac. Ale nie mozna tak dlugo, bo robia sie odlezyny. Skorzystalem przeto z pierwszej okazji i urwalem sie nudziarze, ktora furt rozpatrywala rzeczy byle, na dodatek w najnierozsadniejszym z sosow: co by bylo, gdyby... Pomknalem w swiat i tamze, zrzadzeniem niebios, napotkalem mego starego przyjaciela, Kazka Duperasa. Na pytanie: - Co slychac?, Kazek rzekl roztropnie: - Obszerne pytanie. Czasem slychac, czasem nie, czasem ciezko sobie przypomniec. Pisze kronike wydarzen mego zycia, zeby i slad po mnie na wieki pozostal, jako i po mych wyczynach, ktore jakie byly, trudno bedzie przyszlym pokoleniom uwierzyc. Z iskra obawy w zrenicy wzialem z rak Kazka pomiety zeszyt 16-kartkowy. Pogoda byla paskudna, Kazek mial kaca, a i wyziewy fabryczne tez robily swoje. - Nieduzo cos miales tych wyczynow - zauwazylem. - Ale jakich! A wiedz, ze pisze stylem zwiezlym. Zajrzalem do zeszytu. Na pierwszej stronie wykrzywiala sie dumnie data: 1994 n.e. Poszarpane i poplamione kartki swiadczyly o randze dokumentu historycznego. ... Sylwester byl niezly. Z paroma chlopakami pojechalismy autobusem do Krobicy - kawal swiata. Ale prawie frajerski jubel, bo go robili byli pegeerowcy w bylym pegeerze za obecne pieniadze, ktore wyciagneli na przyszla restrukturyzacje. Jakesmy juz pogrzali deczko, przyszla szatniarka i mowi, ze sie na nas szykuja. Czekaj no, ja sie wam zaraz poszykuje! Patrze, siedzi paru jezioranow przy stoliku, chleje wode i patrzy zlym wzrokiem. Przysiadlem sie, wypilem im co mieli i pierwszego w ryj! Frrrr - tylko mi mignal jeszcze numer butow zanim znikl pod stolem na wieki. Drugi haman pysk rozdziawil, wiec mu go czym predzej popielniczka zatkalem, bo widok dziurawych zebow mnie mierzi. Karnawal byl zabawowy, tylko mnie raz ponioslo, na sledzia. Odjechalem, owszem, na sygnale, ale trzeba bylo widziec tamtych! Nie ma przepros. Na Wielkanoc przyjechal wuj Jozwa. Narzekal na Bialorusinow, ktorzy mu w szkode wlazili i w ogole etnicznie przynudzal. Najezyl nas wreszcie, tosmy pojechali z bratem zobaczyc co sie da zrobic w ramach pomocy rodzinie. Dalim wycisk niezly kilku mniejszosciom, trochesmy wujowi atmosfere wyczyscili. Tylko nas lobuzy potem pod Sejnami dopadli, kiedy sie braciach przystawial do takiej Zuli. Straszne tam chamy i brutalne. Jak sie cieplo zrobilo to mi jeden ratownik nieuprzejmy sie zrobil na Miedzeszynie i mowil, zebym wypieprzal z lodami z terenu. Mnie to powiedzial - w zywe oczy. Wsadzilem mu jednego loda w dziob, niech sie zapcha. Smiesznie wygladal, ale oddal mimo to. Poszlismy na Andrzejki woskiem zalewac. Przez pomylke zalalem jakas panienke po rajstopach. Durny gach sie na mnie rzucil z piesciami, to mu dalem odpor. I tak zepsul nam wszystkim zabawe ten palant. Swieta byly w porzasiu. Na pasterce jakis typo kolo mnie przyslabl i puscil pawia powaznemu panu w kapturek od budrysowki. Myslalem, ze sie zjulam. Ludzie tez ryli. Jak bydelko betlejemskie. Ten od budrysowki sie zdenerwowal i na mnie z pyskiem wsiadl, akurat kiedy spiewalem: "Podnies reke boze dziecie". Wyciagnalem go za leb przed kosciol, bo jestem czlowiek religijny, i tam mu zlozylem zyczenia swiateczne. Mielim isc z braciachem do teatru, ale nie bylo kiedy, wiec pojdziemy w nastepnym roku... Wspomnienia Kazka nie zrobily na mnie specjalnego wrazenia. Przepychanki i w kolko to samo. Raz ty mnie, raz ja tobie, w dziob, w ryj, w dziaslo, po garbie, tu przypieprze, tam nalapie. Prymityw. Wrocilem do dom i zabralem sie za historie. 1994 n.e. na ziemi. Jest co postudiowac. Historia, jakby nie bylo, nalezy do nauk humanistycznych. Mozna by tez pojsc do teatru. ________________________________________________________________________ Jest to wlasciwie list do Michala Babilasa, ale drukujemy, bo wyglada na to, ze nasz magazyn zaczyna zdobywac specjalizacje historyczna. Pan Wilski na koncu zadaje klopotliwe pytanie: "komu wierzyc?". Ja pozwole sobie na poglad nieco odmienny niz Autor. *Wszystkim* nalezy wierzyc, poniewaz przeciez nikt nie mial zadnego powodu, aby klamac! J.K_uk Krzysztof Wilski (wilski@un.org) LIST OD CZYTELNIKA ================== Powiazania rodzinne p. Pastusiaka --------------------------------- Drogi Panie Michale, zgadzam sie z Panem calkowicie, ze "sprawa Pastusiaka" (to okreslenie przywodzi mi na pamiec niezbyt odlegla i jeszcze mniej sympatyczna przeszlosc, nawet jesli - przynajmniej wedlug optymistow - jest ona juz <>) stala sie "jajeczkiem czesciowo nieswiezym", rzeklbym wiecej, zapachowo blizsza jest potowi Urbana niz produktom ofiar prezydenta Reagana, jednakze dla scislosci historycznej musze nadmienic, iz istotnie, inkryminowany delikwent (jak mawial moj pewien pospiesznie wyksztalcony kolega) byl zieciem Edwarda Ochaba, byc moze dlatego, ze Jozef Cyrankiewicz nie doczekal sie potomstwa (w kazdym razie legalnego i w wieku mieszczacym sie w ramach owczesnych zainteresowan matrymonialnych p. P.); przepraszam za idiotyczne skojarzenie, ale czy pamieta Pan uwage Szwejka pod adresem lysego pana w cywilu, z ktorym wraz z nadporucznikiem Lukaszem podrozowali w jednym przedziale, ze wedlug jakiegos zrodla, "lysina jest czesto wynikiem wstrzasu przy pologu"? Byloby to prostym wytlumaczeniem bezdzietnosci Premiera Cyrankiewicza (nazwanego kiedys smacznie w "Narodowcu" p. Kwiatkowskiego - "Cyrano de Rozwodniac"). Nie wiem nic w temacie emocjonalnego stosunku p. Cyrankiewicza do produktow innych barakow obozu socjalistycznego, moge natomiast potwierdzic, o oparciu o doswiadczenie organoleptyczne, jego sympatie do Mercedesow i sklonnosc do bardzo szybkiej jazdy temiz: gdzies w polowie lat 60-tych o maly wlos nie zostalem "zdjety" z polnocnego naroznika skrzyzowania Al. Ujazdowskich i Al. Roz przez skrecajacego w te ostatnia z glosnym piskiem opon Wiecznego Premiera PRL; jechal oczywiscie Mercem. Byc moze, uciekal przed oddechem historii. Nieco natomiast zaklopotala mnie wzmianka o pochodzeniu p. Pastusiaka, nie wiedzialem bowiem, iz jest on rodzonym bratem p. Daniela Passenta, ktory juz dosc dawno temu oswiadczyl drukiem, iz to wlasnie on jest nieslubnym synem Adenauera i Goldy Meir. Komu wierzyc? Moze nikomu? Moze tylko Mieczyslawowi Wachowskiemu, choc on sie chyba w tej sprawie nie wypowiadal? Z wirtualnymi uklonami - Krzysztof Wilski ________________________________________________________________________ Redakcja "Spojrzen": spojrz@k-vector.chem.washington.edu, oraz spojrz@info.unicaen.fr Serwery WWW: http://k-vector.chem.washington.edu/~spojrz http://www.info.unicaen.fr/~spojrz Adresy redaktorow: krzystek@k-vector.chem.washington.edu (Jurek Krzystek) karczma@info.unicaen.fr (Jurek Karczmarczuk) Stale wspolpracuja: mickey@ruby.poz.edu.pl (Michal Babilas) bielewcz@uwpg02.uwinnipeg.ca (Mirek Bielewicz) zbigniew@engin.umich.edu (Zbigniew J. Pasek) Copyright (C) by Jurek Karczmarczuk (1995). Copyright dotyczy wylacznie tekstow oryginalnych i jest z przyjemnoscia udzielane pod warunkiem zacytowania zrodla i uzyskania zgody autora danego tekstu. Poglady autorow tekstow niekoniecznie sa zbiezne z pogladami redakcji. Numery archiwalne dostepne przez anonymous FTP z adresu: k-vector.chem.washington.edu, IP # 128.95.172.153. Tamze wersja PostScriptowa "Spojrzen". _____________________________koniec numeru 120_________________________ .